![]() |
|
WSPOMNIENIA SYBIRAKÓW
92-letni Marian Mongiało z Elbląga podczas wojny dwa razy brawurowo uciekał po aresztowaniu przez NKWD, a raz przez Niemców. Walczył w kampanii wrześniowej, w obronie Warszawy, potem w nowogródzkiej Armii Krajowej. Sowieci skazali go na 10 lat łagrów i wieczną zsyłkę po odbyciu kary.
Na zdjęciu Marian Mongiało z synem - Henrykiem Mongiało, fot. Grażyna Wosińska
Wspomnienia Mariana Mongiało - teskt w formacie pdf
Ewelina Marzec jest studentką poznańskiego uniwersytetu. W grudniu 2003, kiedy była jeszcze uczennicą toruńskiego liceum ogólnokształcącego, napisała - w ramach olimpiady "Losy Polaków na wschodzie" - długą pracę o losach Jej dziadka, Zbigniewa Kunigiela : "Losy Polaków na wschodzie - Piętno zesłania". Był to trudny okres dla Polaków, okupacja sowiecka wdzierała się niejako we wszystkie strefy naszej egzystencji. Ludzie znajdowali zatrudnienie tylko przy ciężkich pracach fizycznych. Jeszcze we wrześniu bolszewicy przekazali Wilno Litwie. Sytuacja gospodarcza poprawiła się, ale wrogość Litwinów wobec Polaków i ogromne trudności ze zdobyciem jakiejkolwiek pracy pozostały. Z konieczności ludzie sprzedawali na rynku różne cenne przedmioty zakupione często z trudem w ciągu minionych lat. Tak było i w mojej rodzinie. Zbigniew Kunigiel - wspomnienia
Pani Jadwiga przybyła do Szczytna w 1955 r. z Saralińskawo Rejona na Syberii. Prawie wszystkie lata pracy poświęciła mrówczym zajęciom księgowej w szczycieńskim przedsiębiorstwie melioracyjnym, skąd odeszła na emeryturę w dziewiętnastym dniu stanu wojennego. Przed przyjazdem pani Jadwigi do Szczytna osiedlili się w nim jej bracia, również "łagiernicy". Edward pracował w Rejonie Dróg Publicznych, Mieczysław wrócił z łagru w Workucie z gruźlicą kręgosłupa. Władysław, który długie lata kierował warsztatami szkolnymi trafił do Szczytna przez "zieloną" granicę ścigany przez NKWD. Dziś już wszyscy nie żyją. Pani Jadwiga mieszka sama w małym mieszkanku w starym zakładowym bloku. Odwiedzają ją czasem najmłodsi z rodu Borodziuków, a wśród nich jej ukochany bratanek Leszek... Jadwiga Borodziuk - wspomnienia
Jak się potoczyły Ojca losy po wkroczeniu 17 września wojsk sowieckich do Polski? o. OFM Conv. Ł. Królikowski - wspomnienia
W roku 2005 minęło 65 lat od pierwszej podczas II wojny światowej masowej deportacji na tereny północnej Rosji. Taki los spotkał 220 tys. osób. Wśród nich była Janina Piccoli z Malborka. Wtedy miała 16 lat. 9 lutego 1940 roku nie spodziewała się, że wydarzenia następnego dnia zmienią całe jej życie. Nad ranem w drzwi jej rodzinnego domu w Ołyczce na Wołyniu walili kolbami funkcjonariusze NKWD. Krzyczeli: wyjeżdżacie, ubierajcie się szybko i nic z sobą nie zabierajcie.
Zostawiliśmy cały dobytek
i jechaliśmy w nieznane. Przeczuwał pewnie, że nie wróci już do Ołyczki - wspomina pani Janina. Razem z nią oprócz rodziców musieli wyjechać siostra Jadzia i brat Roman z żoną i kilkuletnim dzieckiem. Pozostała trójka rodzeństwa Hela, Heniek i Frania była już na swoim i uniknęła deportacji. Pani Janina spotkała się z nimi dopiero po wojnie. Ojciec zmarł zaraz po przybyciu na miejsce zsyłki. Wczesniej wykopał na bagnach dół. Tyle mogliśmy zrobić. Ani księdza ani cmentarza. Następnego dnia do pracy. Musiałam nauczyć się powozić koniem, by na saniach dojechać do miejsca pracy. Bieda jest najlepszym nauczycielem. Na miejscu mężczyźni zajmowali się wyrębem drzew. Kobiety zajmowały się ociosywaniem pni z gałęzi - mówi pani Janina. - Głód zaglądał nam w oczy. Mama nie wytrzymała ciężkiej pracy. Zachorowała. Musieliśmy ją zawieść do odległego o 30 kilometrów szpitala, w którym nie było warunków do leczenia. Zmarła. Znów brat wykopał dół na bagnach. Wydawało się, że nie ma dla nas ratunku. Nasi radzieccy "opiekunowie" mówili, że do tej naszej pańskiej Polski już nie wrócimy. Nadzieję na zmianę losu zrodziła wiadomość o ataku Hitlera na Związek Radziecki. Efektem był wyjazd do Uzbekistanu. Było wprawdzie cieplej, ale głód znów dawał się we znaki. - Dostawaliśmy tylko trochę mąki. Zrywaliśmy, a potem kroiliśmy koński szczaw i to zaprawialiśmy mąką. Jedynym marzeniem było najeść się do syta chleba. Do dziś szanuję każdą jego okruszynkę - wspomina nestorka.
Pewnego dnia otrzymaliśmy informację o organizowaniu się polskiego wojska. Dawało ono szansę na zakończenie sowieckiej niewoli, ale jak się później okazało było też początkiem rozstania rodzeństwa. Brat zaciągnął się do Armii Andersa, walczył pod Monte Cassino. Jego żona wyjechała razem z innymi matkami z małymi dziećmi do Indii. Janina z siostrą wyjechały do Teheranu, tam jako ochotniczki wstąpiły do wojska. Następnie znalazły się w Palestynie. Potem los rzucił je do Anglii.
Nauczona doświadczeniem Sybiru
domyślałam się jaki czeka nas los. Mąż miał rodziców w kraju, koniecznie chciał wracać. I tak się stało. Roman był wielokrotnie wzywany na przesłuchanie do UB. Na kilka dni przed świętami trafiał do aresztu. Żałował, że nie został w Anglii - mówi pani Janina. - Mąż zmarł w 1955 roku. Zostałam sama z trójką dzieci.
Pomimo tragicznych losów rodziny z Ołyczki, rodzeństwo: Janina, Roman, Jadwiga, Hela, Heniek i Frania przeżyło wojnę. Dziś Janina Piccoli czasem opowiada swoją historię wnukom i dzieciom. Grażyna Wosińska, Dziennik Bałtycki
Dr Regina Witukiewicz-Dmoch urodziła się w roku 1907 w St. Petersburgu. Studia lekarskie odbyła na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie w latach 1926-1932 zakończone dyplomem w roku 1933. W latach 1935-1944 pracowała jako lekarz ogólny w Nowym Dworze, powiat Sokółka, województwo grodzieńskie. Aresztowana w listopadzie 1944 r. i wywieziona przez władze radzieckie do obozu w Ostaszkowie koło miasta Kalinin (dawniej Twer), gdzie przebywała do stycznia 1946 r. Po powrocie do Polski w roku 1946 osiedliła się w Gdańsku, gdzie od 1.03.1946 r. podjęła pracę jako lekarz rejonowy w dzielnicach Siedlce, Suchanino, Pohulanka, Chełm. Od 1.04.1946 r. pracowała na oddziale dziecięcym dzisiejszego Szpitala Wojewódzkiego w Gdańsku. Pracowała zawodowo jako pediatra do roku 1992. Obecnie na emeryturze. Rozmowę z dr Reginą Witukiewicz-Dmoch przeprowadzono w roku 2001.
WM: Pierwsze pytanie, jakie chciałbym ci zadać to, kiedy cię wywieźli? Czy to było po 1944 roku zaraz jak przyszli Rosjanie? dr Regina Witukiewicz-Dmoch wspomnienia
Przyjechali po nas, rodzinę Perwenis, nocą 25 marca 1949 r. na wieś do Pawlukanic, okręg Wileński. Dali jak zwykle przysłowiową godzinę czasu by spakować się. Dziadkowie - Bronisław i Bronisława, dwóch wujów - Kazimierz i Jerzy, ciocia Czesia i nasi rodzice - Roman i Felicja. My = ja z bratem. Mam dwadzieścia dni, brat czternaście miesięcy. Przypomniano o nas, Perwenisach, za sprawą wujka, który "skalał" nasze nazwisko patriotyzmem. Był oficerem Armii Krajowej, uczestnikiem akcji "Burza". Nie poszedł na układy z Armią Czerwoną i nie złożył broni. Walczył dalej. Został skrytobójczo zamordowany w 1946 r. jako poliak, "bandyta". Ojciec został aresztowany i osadzony w więzieniu za współpracę z "bandytami". Wrócił w 1947 roku. Urodziliśmy się kolejno: mój brat Józef - 16 stycznia 1948 r., i ja - 5 marca 1949 r. Jest noc. Godzina czasu, panika, płacz, bieganina. Zimno - ubrania, daleko? - jedzenie. Czasu mało, ręce - tylko dwie, dzieci... Kolej rzeczy to furmanka, pociąg, wagon towarowy. Szczęściem naszym było to, że wśród współtowarzyszy początku niewoli byli ludzie! Dzięki nim, ich solidarności i ludzkiego odruchu wobec dzieci dotarliśmy do celu "podróży" choć nie zdrowi, lecz żywi - cud! - pierwszy. Po półtoramiesięcznej podróży dotarliśmy do miejscowości Świerdłowsk, okręg Czeremchowa obwodu Irkuck. Po drodze na porządku dziennym były "pogrzeby" - gałgany wyrzucone przez drzwi podczas jazdy. Małe - to dzieci, większe - dorośli. My dojechaliśmy - stąd ten cud.. Na zesłaniu niespełna siedem lat w chłodzie, głodzie i poniżeniu. Przetrwaliśmy - my - dzieci, rodzina - powiększona o siostrę Irenę i wujka Józefa (świeżo upieczonego męża cioci Czesi. Toż cud! - drugi. 4 grudnia 1955 r. obóz repatriacyjny, koszary w Nowym Sączu. Wszyscy dorośli wracali do normalnego życia, świata. A my - dzieci...? Miasto, ulice, mieszkańcy jacyś inni - życzliwi, i te współczucie. Za co? Nierozumieliśmy. Idąc korytarzem zauważyliśmy kubeł pełen pokrojonego chleba, kankę z gorącą kawą. Wyrwaliśmy się z bratem rodzicom i pobiegliśmy chwycić ten chleb. Braliśmy garściami, następnie uciekliśmy - schowaliśmy się w kąt. Zaczęliśmy jeść, mało - zapychać się aż do udławienia. Patrzyliśmy ze strachem na boki, czy nas kto nie goni. Czy nie zabiorą jeszcze niezjedzonego chleba? Jak ten chleb smakował! Nie rozumieliśmy dlaczegowokół płaczą. Mama podeszła i powiedziała pamiętne słowa: "Pamiętajcie to jest polski chleb. Oby wam w życiu Go nigdy nie zabrakło." Pamiętamy! Pierwsza choinka. Prezenty, ubrania - witała nas Polska. Czleba nie brakowało - przez cały czas naszego pobytu w koszarach stał na korytarzu. Oswajał nas, że tak już będzie zawsze. Znaleźliśmy rodzinę w Elblągu i tam pojechaliśmy. Pociag ludzki, samodzielne mieszkania, praca dla dorosłych, polska szkoła. Żyliśmy normalnie i my dzieci - choć jeszcze "inni", ale wśród swoich. Elbląg. Dziadkowie pomarli, ojciec Roman i wujowie nie żyją. Jesteśmy my: Mama, ciocia Czesia Siemaszko z mężem zamieszkali w Biskupcu Reszelskim, no i my - niżej podpisani. Zenon Perwenis z bratem Józefem P.S. Żeby oddać chołd nieżyjącym i być potrzebnym tym, którzy żyją, stałem się działaczem Związku Sybiraków. Jestem v-ce Prezesem Zarządu Oddziału Elbląg. Pozdrawiam wszystkich Sybiraków.
Deportowana zostałam jako 7-letnia dziewczynka wraz z matką i 3-letnim braciszkiem 13 kwietnia 1940 z miejscowości Wołowe, województwo lwowskie, do północnego Kazachstanu - do Aktubińska. Transport pędził w kierunku Kazachstanu wioząc w bydlęcych wagonach przeważnie same kobiety i dzieci, bo ojcowie i mężowie zostali wcześniej aresztowani przez NKWD i osadzeni w więzieniach. Częśc z tych ludzi w 1941 r. znalazła się w Armii Andersa, czy później w Armii im. Tadeusza Kościuszki. Większość jednak zginęła bez śladu. Inni zaś, wśród nich i mój ojciec, zostali zamordowani strzałem w tył głowy. Miejscem pochówku mojego ojca jest Miednoje. Z podróży zapamiętałam przede wszystkim brak wody. Otrzymywaliśmy na wago, w którym było około 50 osób, 3 wiadra wody na kilka dni. Mama chowała wodę w butelkach i dawała nam do picia po kilka łyżek. Pozostał mi do dziś uraz. W domu muszę mieć zawsze zapas wody. Kiedy miałam chyba 9 lat zachorowała nasza mama leżała nieprzytomna, a ja nie wiedziałam jak ją ratować. Co zrobić, jeśli umrze? W jaki sposób zaopiekowac się 5-letnim bratem Mirkiem? W domu nie było opału, nie było zapałek, a przede wszystkim nie było jedzenia. Codziennie rano biegłam na step, zbierałam sucha trawę, którą przynosiłam do domu. Z trawy robiłam wywar, którym poiłam mamę. Przeszukałam w domu wszystkie rzeczy, by znaleźć cokolwiek, co nadawało by się na wymiene na pożywienie. Pierwszą zdobytą szkalnkę kaszy jaglanej podzieliłam na dwie porcje. Tak bardzo wtedy starałam się i bałam się, że moja mama umrze. Właściwie zaczęłam tracić już nadzieję i siły. Zdobywanie opału i pożywienia było dla mnie bardzo ciężkie... Moja mama wyzdrowiała. Do dziś nie rozumiem jak to się stało. Po jakimś czasie została ona wyhowawczynią w domu dziecka. Ponieważ nie było polskich książek ona sam napisąła je ręcznie. Jeszcze do dziś jedna taką posiadam. Do Polski przyjechaliśmy 10 maja 1946 r. Po dwutygodniowej kwarantannie w Gostynie, znaleźliśmy się w Elblągu. Nasz dom dziecka umieszczono przy ulicy Królewieckiej 106, w miejscu gdzie obecnie znajduje się policja.
Deportowano mnie jako 9-letniego chłopca wraz z mamą i dwoma starszymi - o 2 i 3 lata - braćmi (ojciec z córką ukrywał się i został aresztowany oraz dowieziony do nas kilka miesięcy później) 18 marca 1952 roku z majątku Płytnica, województwo nowogródzkie, do południowego Kazachstanu, kieleski rejon, Kołchoz im. Stalina. Umieszczono nas w lepiance składającej się z jednego pomieszczenia, w której wcześniej jakiś Kazach trzymał osły i krowy. Wszystko co otaczało nas na zewnątrz oraz w izbie było przerażająco obce. W samej izbie były gołe ściany, bez żadnych urządzeń i ozdób. Na domiar złego mama w pierwszym dniu została zabrana przez tamtejsze NKWD na przesłuchanie - była namawiana i szantażowana w celu podpisania i poświadczenia, iż przyjechała tu dobrowolnie oraz w celu zrzeczenia się obywatelstwa polskiego. Grożono jej, iż gdy tego nie zrobi, to dzieci zostaną zabrane do domu dziecka. Członkowie NKWD wypytywali również o ojca. Mimo wszystko mama nie dała się zastraszyć. Pamiętam, iż ci, którzy podpisali zgodę na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego byli lepiej traktowani przez cały czas pobytu na zesłaniu. Mieli lepszą pracę i ogólnie lepsze warunki życia. Jak wielki błąd zrobili zrozumieli dopiero po wielu latach, gdy nie pozwolono im wyjechać do Polski. Jaka była wtedy ogromna rozpacz tych ludzi. W tym samym czasie, gdy mama była przesłuchiwana przez enkawudzistów siedzieliśmy przytuleni jeden do drugiego w rogu izby na tobołkach, wraz z całym dobytkiem, który zdołaliśmy zabrać tu z sobą z rodzinnego domu w czasie krótszym niż godzina. Pamiętam, że jeszcze w Płytnicy była propozycja zrzeczenia się obywatelstwa polskiego, a gdy mama stanowczo odmówiła, to trzeba było opuścić rodzinny dom bardzo szybko - byliśmy dosłownie poganiani. Dobrze pamiętam, że będąc w lepiance byłem niesamowicie wystraszony - cały drżałem, gdyż bałem się, że zostaniemy sami. W nocy widziałem i słyszałem jak ktoś w bieli kręcił się po izbie. Serce waliło, że aż dech zapierało. Była to najdłuższa noc w moim życiu. Od czasu do czasu do dziś budzę się w środku nocy, gdyż tamte wstrząsające chwile wracają w róznej postaci. Rano, gdy zrobiło się już jasno, po izbie fruwały ptaki, gdyż nie było drzwi i szyb w okiennicach. Zauważyłem, że w izbie pojawił się jakiś stolik, na którym stał garnek z mlekiem i trzy pijałki (naczynia do picia), a obok na talerzu - dość dużo lepioszek, które u Kazachów zastępowały chleb. Zrobiło się od razu lżej. Była bowiem nadzieja, że ktoś nam sprzyja.
Zostałam wywieziona wraz z mamą i starszym bratem (ojciec został wcześniej aresztowany) w czerwcu 1940 r. z Włodzimierza Wołyńskiego do Kazachstanu. Wiosną 1943 r., po tragicznej śmierci generała Sikorskiego, NKWD namawiała wszystkich dorosłych Polaków do przyjęcia rosyjskiego obywatelstwa. Tym, którzy odmówili, grożono pogorszeniem warunków życia. Mama i brat nie poddali się groźbom i kategorycznie odmówili. Brata bardzo szybko, bodajże następnego dnia, wywieźli do katorżniczej pracy w hucie. Bardzo ciężka praca przy beznadziejnym odżywianiu spowodowała, że zachorował na gruźlicę i zmarł. My nie byliśmy w stanie nic pomóc, ani spotkać się. Nie byliśmy na jego pogrzebie, bo nasz sytuacja była beznadziejna. Byliśmy bezradni. Pogróżki NKWD sprawdziły się również w stosunku do mamy. Po kilku dniach od oddzielenia od nas brata wywieźli nas w step, co najmniej 10 km od wsi, i odjechali zakazując nam ruszania się z tego miejsca - "zdzieś wam zyć i umierać". Zaznaczam, że był to początek kwietnia. Było wtedy jeszcze chłodno i wilgotno - szczególnie w nocy, a po stepie grasowały wygłodniałe wilki. Na noc mama z posiadanych rzeczy zrobiła coś w rodzaju namiotu, a układając w kącie kuferek i tobołki przygotowała kącik do spania. Sama siedziała, a ja ułożyłam się kładąc głowę na kolanach mamy po czym zapadłam w głęboki sen. Nazajutrz mama pokazała żółte plamy na kapie, która służyła za "namiot" i opowiadała, że grasowały wilki. Wąchały i obsikały nasz "namiot". Mama cały czas modliła się i jak widać Bóg wysłuchał jej modlitw. Mimo zakazu, ukradkiem następnej nocy skontaktowaliśmy się z mieszkańcami wsi. Wiem, że zarówno Polacy, jaki i tubylcy nam pomagali. NKWD dwa razy nas odwiedziło i w końcu widząc, że nic nie wskórają, po 10 dniach pozwolili wrócić do wsi, bo potrzebna była każda para rąk.
Jerzy Skorynkiewicz w mroźną noc, 10 lutego 1940 r., z rodzinnej leśniczówki w Puszczy Knyszyńskiej został wraz z rodzina wywieziony przez NKWD w okolice Irkucka do obozu Kwitok niedaleko Łajszetu (?). Opowiadając swoje przeżycia wspomina następujący epizod: Zachorował na dezynterię. Był w szpitalu, ale w takim, który tylko z nazwy był szpitalem. Praktycznie nie stosowano żadnego leczenia. Utrapieniem były pluskwy spadające ze ścian. Wszyscy z mojej sali zmarli. Byłem przerażony - wspomina. Uciekłem więc ze szpitala i ukrywałem się w tajdze. W tym czasie znajdowałem na polach resztki czasami zmarzniętych czy podgniłych ziemniaków. Starałem się je bardzo mocno upiec na ognisku i jadłem w całości nawet zwęglone. W Polsce dowiedziałem się od lekarzy, że ta dieta mogła mi uratowac życie. Po powrocie do kraju smak ziemniaków ze zsiadłym mlekiem i smak świeżego chleba był czymś nadzwyczajnym. Nierozumiałem słów rodziny, która nas przyjmowała, że stać ich tylko na takie jedzenie - wpomina. Myślałem, że żartują.
W tajdze w pobliżu miasteczka Minor znajduje się grób mojej matki. Nie dano jej było wrócić do Polski. Moją rodzinę wywieziono 13 czerwca 1940 r. Miałem wówczas 8 lat. Pokonaliśmy 11 tys. kilometrów. Podróż trwała 3 miesiące. Najpierw wieziono nas w bydlęcych wagonach, potem płynęliśmy rzeką Angarą i Leną. Ostatni odcinek o długości ponad 400 km przepłynęliśmy łodzialmi, które ciągnęły konie. Nocowaliśmy pod gołym niebem. W miejscowości Minor pracowaliśmy w odkrywkowej kopalni złota. Z pewnością nie przeżylibyśmy syberyjskich mrozów. Zimą temperatura dochodziła do - 60 stopni Celsjusza. Na szczęście Rosjanie pozostawili tam barki. Zesłańcy mogli w nich zamieszkać. Jako 8-letni chłopak zmuszony byłem pracować, bo to oznaczało przydział racji żywnościowej. Paliłem w piecu i parzyłem dla robotników herbatę. Gorący napój na chwilę rozgrzewał zziębnięte ciała. Przed utratą ciepła chroniły filcowe buty zwane walonkami, watowana kurtka - kufajka, futrzane rękwaice i czapka. Odzież trzeba było zdobyć. Kiedy wybuchła wojna radziecko-niemiecka (1941) Polakom wolno było poruszać się po terenie całej Jakucji. Myśmy również skorzystali z tej możlwiości i przenieśliśmy się do Jakucka. Ludziom zaczynał dokuczać głód. Dostawy żywności szły na front. Dla cywilów zostawało niewiele, dla zesłańców jeszcze mniej. Ja dostawałem 30 dkg chleba. W kopalni racja była o 50 dkg wyższa. Jakoś to jednak wytrzymaliśmy. Potem czekała nas jeszcze jedna przeprowadzka i w 1946 r., dokładnie 13 czerwca, upragniony powrót do Polski.
...W 1946 r., kiedy wracałam z zesłania do Polski na przełomie marca-kwietnia 1946, już w Europie zatrzymał się nasz transport na jednej ze stacji (nie pamiętam jej nazwy). Nasz transport - były to wagony towarowe, ale okna bez krat i drzwi bez rygli. Na przeciwległych torach stał podobny transport, ale okratowany, z zaśrubowanymi drzwiami i konwojowany przez uzbrojonych NKWD-zistów. W naszym wagonie wrzało od polskiej mowy. Z przeciwnego wagonu wyjrzała młoda dziewczyna, upewniła się na migi, że blisko nie ma straży i przez kraty pokazała kartkę: Jestem Polką. Skazana na 10 lat łagru. Proszę zawiadomić matkę: Zofia... (nazwiska nie pamiętam), Łódź, Stary Rynek 10. Za parę minut sąsiadujący transport ruszył na wschód. Po przyjeździe do Polski moja mama (obecnie już nie żyje) napisała ostrożny list do pani Zofii. Bardzo szybko nadeszła odpowiedź, ale nie od pani Zofii, tylko od Jadwigi (nazwiska też nie pamiętam), przedstawiającej się za siostrę pani Zofii. Oznajmiała, że Zofia zmarła. Pomimo tego że byłam wtedy bardzo młodą dziewczyną, ten przypadek i tę dziewczynę przez kraty wagonu widzę do dziś przed oczami. Ciekawa jestem, czy ta osoba przeżyła łagier, czy wróciła do Polski i czy jest w Łodzi ona lub jej rodzina. Byłabym bardzo wdzięczna za wiadomość, choć to już jest historia.
|