WSPOMNIENIA SYBIRAKÓW



Wspomnienia Mariana Mongiało - reportaż Grażyny Wosińskiej (poniższy tekst ukazał się w piątkowym wydaniu Dziennika Elbląskiego, w dniu 18 września 2009 roku)

92-letni Marian Mongiało z Elbląga podczas wojny dwa razy brawurowo uciekał po aresztowaniu przez NKWD, a raz przez Niemców. Walczył w kampanii wrześniowej, w obronie Warszawy, potem w nowogródzkiej Armii Krajowej. Sowieci skazali go na 10 lat łagrów i wieczną zsyłkę po odbyciu kary.


Na zdjęciu Marian Mongiało z synem - Henrykiem Mongiało, fot. Grażyna Wosińska


Marian Mongiało pochodzi z Roubiszek na Nowogródczyźnie. W 1938 r. miał 21 lat. Wtedy został powołany do 7 Batalionu Pancernego w Grodnie. Był szeregowcem, mechanikiem i kierowcą czołgu. Wybuch wojny rozpoczął siedemnaście lat gehenny: wojny oraz prześladowań Sowietów. Także po powrocie do kraju w 1956 r. komunistyczne władze nie dawały mu spokoju.

Wybuchu wojny Marian Mongiało się spodziewał, ale atak Armii Czerwonej 17 września 1939 r. był zaskoczeniem. - Ten dzień zastał mnie w Warszawie, gdzie dotarłem ze swoim batalionem, by bronić stolicy - wspomina. - Gdy dowiedziałem się o agresji naszego sąsiada, bardzo niepokoiłem się losem rodziny, która została w Roubiszkach. Myślałem tylko o jednym, aby najszybciej jak to możliwe znaleźć się w rodzinnych stronach. 28 września Warszawa skapitulowała. Dostałem się do niewoli. Od pierwszej chwili wymarszu myślałem o ucieczce. Czekałem sposobnej chwili. Taka okazja zdarzyła się w okolicach Łomianek. Nasz oddział prowadziło tylko dwóch żołnierzy niemieckich, jeden z przodu, drugi z tyłu. Gdy przechodziliśmy obok gęstych zarośli, uciekłem. Konwojenci nic nie zauważyli. Aby ucieczka się powiodła pan Marian musiał zdobyć cywilne ubranie. - Nie miałem wyjścia, musiałem ryzykować - opowiada. - Zaszedłem do nieznanego mi mieszkania, gdzie była samotna kobieta. Dostałem od niej ubranie męża, który był na wojnie. Po wielu przygodach dotarłem do rodzinnych Roubiszek.

Dla Mariana Mongiały klęska wrześniowa zadana przez dwóch agresorów nie zakończyła wojny. Nie miał wątpliwości, że nikt go nie zwolnił z żołnierskiego obowiązku. Nawiązał kontakt ze Związkiem Walki Zbrojnej, został zaprzysiężony. - Pełniłem funkcję drużynowego cyklistów, którzy rozwozili meldunki do poszczególnych oddziałów - mówi pan Marian. - Brakowało broni, trzeba było ją zdobywać rozbrajając niemieckie posterunki. Obserwowaliśmy ruchy wojsk niemieckich i przekazywaliśmy informacje dowództwu. Gdy po agresji Niemiec na Związek Radziecki zaczęła się na Nowogródczyźnie pojawiać sowiecka partyzantka, oddziały Armii Krajowej z nią współpracowały. - Na początku wszystko dobrze się układało. Myśleliśmy, że Sowieci to jednak Słowianie, lepsi niż te szwaby - mówi Marian Mongiało. - Nasze przypuszczenia nie sprawdziły się. Gdy już Sowieci byli pewni, że pokonają Niemców zaczęli nas uważać za wrogów. Zaczęły się rozbrajania i aresztowania.

Marian Mongiało brał udział w akcji Ostra Brama, która rozpoczęła się w nocy z 6 ma 7 lipca 1944 r. Ataki oddziałów AK zostały przez Niemców odparte. Większość jednostek decyzją dowództwa skierowano do Puszczy Rudnickiej. Tam też trafił pan Marian. - Ciągle latały nad nami rosyjskie samoloty - opowiada. - Pewnie chcieli nas wykryć i powystrzelać. Nie udało im się. Zamaskowaliśmy broń. Dowódca powiedział, że się jeszcze przyda, gdy pójdziemy na pomoc powstańcom warszawskim. Z puszczy w sierpniu 1944 r. przedostałem się w okolice Ejszyszek, gdzie miałem melinę, gdzie mogłem się umyć, przebrać i zmienić ubranie. Gdy tylko wszedłem, już na mnie czekało NKWD. Kazali mi iść do stodoły, by przynieść im papierosy. Tam na przywitanie dostałem w twarz i oskarżenie, że jestem bandytą zAK. Oczywiście nie przyznałem się. Zawieźli mnie do Ejszyszek i razem z kolegami mojego oddziału trzymali w areszcie, dawnej żydowskiej bożnicy.

Marian Mongiało uznał, że Sowieci coś knują i postanowił uciec. - Zawieźli nas z Ejszyszek do Wilna. Znam dobrze to miasto - mówi. - Przy pierwszej sposobności czmychnąłem w krzaki. Strzelali za mną, szukali, a ja w dół do Wilejki. Patrzę - stoi czterech sowieckich żołnierzy. Po drodze idą dwie panienki. Objąłem jedną z nich, że niby dobrze się znamy i szepczę do ucha pytanie, czy nikt za nami nie idzie? Usłyszałem, że nie oraz radę, by przejść kilkanaście metrów, tam będzie most, ale trzeba uważać, bo są działa przeciwlotnicze. Znów mi się udało. Wróciłem do Puszczy Rudnickiej, odnalazłem swojego dowódcę. Pomagałem mu wydawać litewskie fałszywe dokumenty dla Akowców. Ja też takie miałem. Sowieci podczas aresztowania pana Mariana w styczniu 1945 r. nie dali się nabrać na fałszywki. - NKWD miało u nas agenta. Obiecał zaprowadzić mnie do swojego oddziału z kompanii "Sołcza". Zamiast tego aresztowało mnie NKWD - wspomina Marian Mongiało. - Od razu mnie skatowali. Zdarli koszulę, skopali i zbili wyciorami. Po sukcesach w walce z Niemcami stali się butni i okrutni.

Z więzienia w miejscowości Raduń pan Marian próbował uciec po raz trzeci. Zdrada uniemożliwiła ten zamiar. - Za karę prowadzili mnie Sowieci ze związanymi rękoma 140 kilometrów przez śnieg do Lidy - wspomina. - Gdy powiedziałem, że dalej nie pójdę kazali wyjść z szeregu i stanąć obok dwóch brzóz. Pomyślałem, że tam będzie mój grób. Dostałem tylko kolbą i padłem w śnieg. Wsadzili mnie na wóz, zawieźli do więzienia w Lidzie. Śledztwo trwało ponad rok w wielu więzieniach. W celi słyszałem jak ludzie na ulicy śpiewają Mazurka Dąbrowskiego i cieszą się z końca wojny. Mnie to nie było dane. W Grodnie 3 kwietnia 1946 r. zostałem skazany na 10 lat łagrów i wieczną zsyłkę po odbyciu kary. Na Wielkanoc Marian Mongiało trafił do obozu przejściowego w Orszy, koło Witebska. - W celi było 270 stłoczonych mężczyzn. Spaliśmy na zmianę, bo nie wszyscy mieli miejsce, by się położyć lub usiąść - opowiada pan Marian. - Po dwóch tygodniach zawieźli nas do Tachtamygdy w Krasnojarskim Kraju. Ciężko tam pracowałem jako dekarz i cieśla. Kopałem doły pod fundamenty domów w wiecznej zmarzlinie. W 1953 r. po śmierci Stalina zwolnili mnie z łagrów i skazali na wieczne osiedlenie w Orotukanie na Kołymie. Tam ożeniłem się i urodził się syn, Henryk. W grudniu 1955 r. otrzymałem polski paszport, bo mimo szykan, pozbawiony polskiego obywatelstwa, nie przyjąłem sowieckiego. 6 stycznia 1956 r. byłem w Polsce z rodziną. Nie dane mi było wrócić do rodzinnych Roubiszek, bo tam już Polski nie było. Nadal tęsknię za swoimi rodzinnymi stronami.

Grażyna Wosińska, Dziennik Elbląski

Wspomnienia Mariana Mongiało - teskt w formacie pdf



Wspomnienie Zbigniewa Kunigiela spisane przez wnuczkę - Ewelinę Marzec

Ewelina Marzec jest studentką poznańskiego uniwersytetu. W grudniu 2003, kiedy była jeszcze uczennicą toruńskiego liceum ogólnokształcącego, napisała - w ramach olimpiady "Losy Polaków na wschodzie" - długą pracę o losach Jej dziadka, Zbigniewa Kunigiela : "Losy Polaków na wschodzie - Piętno zesłania".

W chwili wybuchu II wojny światowej, tj. w dniu 1 września 1939 roku znajdowałem się wraz z rodzicami i obiema siostrami Krystyną i Teresą w Wilnie. Rozpoczynałem właśnie rok szkolny 1939/40 jako uczeń drugiej klasy liceum matematyczno-fizycznego im. Króla Zygmunta Augusta. Moi koledzy z klasy i cała polska młodzież, nastawieni byliśmy bardzo bojowo, wierząc w zwycięstwo nad odwiecznym wrogiem - Niemcami. Z uwagą i niepokojem wysłuchiwaliśmy wiadomości radiowych z frontu, najczęściej niestety niepomyślnych. Przewaga Niemców zarówno tak w liczebności armii jak i w sprzęcie bojowym była olbrzymia. Późniejsze obietnice o pomocy dla Polski ze strony Francji i Anglii okazały się płonne. Poza formalnym wypowiedzeniem wojny Niemcom przez te kraje nic więcej nie działo się. Poważnym ciosem w plecy, który ostatecznie przesądził o losach tej wojny, było uderzenie bolszewików od wschodu w dniu 17 września 1939 roku, mimo że między Polską a ZSRR istniał podpisany i nie zerwany formalnie, przez żadną ze stron, pakt o nieagresji. Ten haniebny napad był efektem podpisanego uprzednio tajnego porozumienia pomiędzy ministrami spraw wewnętrznych ZSRR i Niemiec - Mołotowem i Ribbentropem, który określaliśmy mianem czwartego rozbioru Polski. Wojska sowieckie weszły do Wilna w nocy z 17-go na 18-ty września. Po paru dniach ze sklepów znikła żywność, ubrania i inne towary. [...]

Był to trudny okres dla Polaków, okupacja sowiecka wdzierała się niejako we wszystkie strefy naszej egzystencji. Ludzie znajdowali zatrudnienie tylko przy ciężkich pracach fizycznych. Jeszcze we wrześniu bolszewicy przekazali Wilno Litwie. Sytuacja gospodarcza poprawiła się, ale wrogość Litwinów wobec Polaków i ogromne trudności ze zdobyciem jakiejkolwiek pracy pozostały. Z konieczności ludzie sprzedawali na rynku różne cenne przedmioty zakupione często z trudem w ciągu minionych lat. Tak było i w mojej rodzinie.

Zbigniew Kunigiel - wspomnienia



Wspomnienie Jadwigi Borodziuk z Szczytna

Pani Jadwiga przybyła do Szczytna w 1955 r. z Saralińskawo Rejona na Syberii. Prawie wszystkie lata pracy poświęciła mrówczym zajęciom księgowej w szczycieńskim przedsiębiorstwie melioracyjnym, skąd odeszła na emeryturę w dziewiętnastym dniu stanu wojennego.

Oprócz zaszczytnego awansu w 2006 r. na stopień porucznika WP, "dorobiła się" zaliczenia do pierwszej grupy inwalidzkiej. W 1958 roku zza wschodniej granicy z rodzinnych Olekszyc, leżących ledwie 70 km od Białegostoku, ostatnim transportem repatriacyjnym przyjechali schorowani rodzice z najmłodszym bratem. Dziewięć lat opieki i wspólnego mieszkania zakończyła śmierć obojga rodziców w 1967 r.

Przed przyjazdem pani Jadwigi do Szczytna osiedlili się w nim jej bracia, również "łagiernicy". Edward pracował w Rejonie Dróg Publicznych, Mieczysław wrócił z łagru w Workucie z gruźlicą kręgosłupa. Władysław, który długie lata kierował warsztatami szkolnymi trafił do Szczytna przez "zieloną" granicę ścigany przez NKWD. Dziś już wszyscy nie żyją. Pani Jadwiga mieszka sama w małym mieszkanku w starym zakładowym bloku. Odwiedzają ją czasem najmłodsi z rodu Borodziuków, a wśród nich jej ukochany bratanek Leszek...

Jadwiga Borodziuk - wspomnienia



Wspomnienia ojca Łucjana Królikowskiego OFM Conv. - sybiraka,
opiekuna "tułaczych dzieci"

Jak się potoczyły Ojca losy po wkroczeniu 17 września wojsk sowieckich do Polski?

- Byłem wówczas w klasztorze franciszkańskim w Hanaczowie na wschód od Lwowa, bo podczas bombardowań tego miasta nie mogliśmy odbywać studiów. Samo wejście Armii Czerwonej zastało mnie pod Haliczem. Podobnie jak św. Maksymilian Kolbe, którego znałem, chciałem z wojskiem przedrzeć się do Rumunii, a później do Francji i bić się o naszą Ojczyznę. Jednak nie było mi to dane. Zatrzymałem się w pobliskim klasztorze. W nocy weszła Armia Czerwona do Halicza. Sowieccy żołnierze przychodzili do łóżka każdego z nas z bagnetem na karabinie i pytali się, czy mamy broń. Mówiliśmy im, że to jest klasztor i żadnej broni nie ma. Gdy zobaczyłem, jak ta armia zalewa wszystkie wioski i miasta, zupełnie jak szarańcza, postanowiłem wówczas wycofać się do Halicza, do naszego folwarku. Po dwóch lub trzech dniach mojego tam pobytu, przyszli Ukraińcy z pobliskiej wioski. Od samego rana do wieczora rabowali, co tylko się dało: konie, wozy, narzędzia rolnicze, potem bydło, drób, świnie itd. Było nas tylko dwóch kleryków, jeden schorowany ksiądz oraz służba. Kiedy pod koniec dnia Ukraińcy się wynieśli, nie mieliśmy właściwie dokąd udać się na nocleg. Poszliśmy zatem do polskiej wsi, do Hanaczowa, gdzie znaleźliśmy gościnę u jednej polskiej rodziny. Przez kilka dni pracowaliśmy w polu, pomagając kobietom przy żniwach, bo mężczyźni jeszcze nie wrócili z wojny. Gdy po jakimś czasie Niemcy oddali Lwów Sowietom, którzy zaczęli zaprowadzać wszędzie swój "porządek", nasi księża przełożeni wezwali nas z powrotem do Lwowa. Rozpoczęliśmy tam kurs filozofii. Po jego ukończeniu dano nam kilka dni wakacji. Następnie ze względu na warunki wojenne mieliśmy odbyć studia teologiczne w tempie przyśpieszonym, aby nas jak najszybciej wyświęcono na kapłanów. Niestety, po pierwszej lekcji teologii zostałem aresztowany i wywieziony aż pod Archangielsk.

o. OFM Conv. Ł. Królikowski - wspomnienia



Wspomnienie Janiny Piccoli z Malborka

W roku 2005 minęło 65 lat od pierwszej podczas II wojny światowej masowej deportacji na tereny północnej Rosji. Taki los spotkał 220 tys. osób. Wśród nich była Janina Piccoli z Malborka. Wtedy miała 16 lat. 9 lutego 1940 roku nie spodziewała się, że wydarzenia następnego dnia zmienią całe jej życie. Nad ranem w drzwi jej rodzinnego domu w Ołyczce na Wołyniu walili kolbami funkcjonariusze NKWD. Krzyczeli: wyjeżdżacie, ubierajcie się szybko i nic z sobą nie zabierajcie.
- Mama mówiła do mnie bym wkładała na siebie wszystkie swoje rzeczy. Ojciec rozpłakał się.

Zostawiliśmy cały dobytek i jechaliśmy w nieznane. Przeczuwał pewnie, że nie wróci już do Ołyczki - wspomina pani Janina. Razem z nią oprócz rodziców musieli wyjechać siostra Jadzia i brat Roman z żoną i kilkuletnim dzieckiem. Pozostała trójka rodzeństwa Hela, Heniek i Frania była już na swoim i uniknęła deportacji. Pani Janina spotkała się z nimi dopiero po wojnie.

- Nasz tułaczy los rozpoczął się od wielotygodniowej podróży w potwornych warunkach w towarowym wagonie. Do jedzenia były tylko solone śledzie. Wody nie było, trzeba było topić śnieg, który zdobywaliśmy wystawiając za okno wiaderko na sznurku - opowiada Janina Piccoli. - Tak dojechaliśmy w rejon Archangielska. Ze stacji na której wysiedliśmy na miejsce pobytu, trzeba było jechać 4 dni saniami.

Ojciec zmarł zaraz po przybyciu na miejsce zsyłki. Wczesniej wykopał na bagnach dół. Tyle mogliśmy zrobić. Ani księdza ani cmentarza. Następnego dnia do pracy. Musiałam nauczyć się powozić koniem, by na saniach dojechać do miejsca pracy. Bieda jest najlepszym nauczycielem. Na miejscu mężczyźni zajmowali się wyrębem drzew. Kobiety zajmowały się ociosywaniem pni z gałęzi - mówi pani Janina. - Głód zaglądał nam w oczy. Mama nie wytrzymała ciężkiej pracy. Zachorowała. Musieliśmy ją zawieść do odległego o 30 kilometrów szpitala, w którym nie było warunków do leczenia. Zmarła. Znów brat wykopał dół na bagnach. Wydawało się, że nie ma dla nas ratunku. Nasi radzieccy "opiekunowie" mówili, że do tej naszej pańskiej Polski już nie wrócimy. Nadzieję na zmianę losu zrodziła wiadomość o ataku Hitlera na Związek Radziecki. Efektem był wyjazd do Uzbekistanu. Było wprawdzie cieplej, ale głód znów dawał się we znaki. - Dostawaliśmy tylko trochę mąki. Zrywaliśmy, a potem kroiliśmy koński szczaw i to zaprawialiśmy mąką. Jedynym marzeniem było najeść się do syta chleba. Do dziś szanuję każdą jego okruszynkę - wspomina nestorka.

Pewnego dnia otrzymaliśmy informację o organizowaniu się polskiego wojska. Dawało ono szansę na zakończenie sowieckiej niewoli, ale jak się później okazało było też początkiem rozstania rodzeństwa. Brat zaciągnął się do Armii Andersa, walczył pod Monte Cassino. Jego żona wyjechała razem z innymi matkami z małymi dziećmi do Indii. Janina z siostrą wyjechały do Teheranu, tam jako ochotniczki wstąpiły do wojska. Następnie znalazły się w Palestynie. Potem los rzucił je do Anglii.

- Tam byłam pomocnikiem mechanika samolotów. Trafiłam do Dywizjonu 303. I tak poznałam męża, Romana Korpaka. Pobraliśmy się 5 marca 1944 roku - wspomina pani Janina. Pamiątką z tego dnia jest ślubna fotografia. Z niej spogląda dwoje szczęśliwych ludzi w mundurach. Potem były urodziny syna Janusza w polskim szpitalu w Edynburgu. - Nie chciałam wracać do kraju po zakończeniu wojny.

Nauczona doświadczeniem Sybiru domyślałam się jaki czeka nas los. Mąż miał rodziców w kraju, koniecznie chciał wracać. I tak się stało. Roman był wielokrotnie wzywany na przesłuchanie do UB. Na kilka dni przed świętami trafiał do aresztu. Żałował, że nie został w Anglii - mówi pani Janina. - Mąż zmarł w 1955 roku. Zostałam sama z trójką dzieci. Pomimo tragicznych losów rodziny z Ołyczki, rodzeństwo: Janina, Roman, Jadwiga, Hela, Heniek i Frania przeżyło wojnę. Dziś Janina Piccoli czasem opowiada swoją historię wnukom i dzieciom.
- Nie zapomnimy o niej - zapewnia syn, Jerzy Korpak.

Grażyna Wosińska, Dziennik Bałtycki



Wspomnienie dr Reginy Witukiewicz-Dmoch z Gdańska
- wywiezionej do obozu w Ostaszkowie koło miasta Kalinin (dawniej Twer)

Dr Regina Witukiewicz-Dmoch urodziła się w roku 1907 w St. Petersburgu. Studia lekarskie odbyła na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie w latach 1926-1932 zakończone dyplomem w roku 1933. W latach 1935-1944 pracowała jako lekarz ogólny w Nowym Dworze, powiat Sokółka, województwo grodzieńskie. Aresztowana w listopadzie 1944 r. i wywieziona przez władze radzieckie do obozu w Ostaszkowie koło miasta Kalinin (dawniej Twer), gdzie przebywała do stycznia 1946 r. Po powrocie do Polski w roku 1946 osiedliła się w Gdańsku, gdzie od 1.03.1946 r. podjęła pracę jako lekarz rejonowy w dzielnicach Siedlce, Suchanino, Pohulanka, Chełm. Od 1.04.1946 r. pracowała na oddziale dziecięcym dzisiejszego Szpitala Wojewódzkiego w Gdańsku. Pracowała zawodowo jako pediatra do roku 1992. Obecnie na emeryturze. Rozmowę z dr Reginą Witukiewicz-Dmoch przeprowadzono w roku 2001.

WM: Pierwsze pytanie, jakie chciałbym ci zadać to, kiedy cię wywieźli? Czy to było po 1944 roku zaraz jak przyszli Rosjanie?

RWD: To było w 1944 roku, bo w obozie przeżyłam dwa Boże Narodzenia i jedną Wielkanoc. A w jakiej porze cię wywieźli, w jakim miesiącu?

Miesiąca dokładnie nie pamiętam. To była jesień, ponieważ przyjechałam tu do Gdańska w 1946 roku w połowie lutego, to znaczy po Bożym Narodzeniu. Tak więc jedno Boże Narodzenie to był 1945 rok, a drugie Boże Narodzenie 1944. Czy myśmy tam przyjechali w październiku czy w listopadzie, tego nie pamiętam. Była jesień.

Skąd cię wywieźli, gdzie mieszkałaś?

W osadzie Nowy Dwór koło Grodna, powiat Sokółka, kiedyś to było województwo grodzieńskie. Do szosy prowadzącej do Grodna było kilka kilometrów, stamtąd dwadzieścia kilka do Grodna.

Czy byłaś tam lekarzem?

Byłam tam takim ogólnym lekarzem.

Czy było to po wejściu bolszewików? Kiedy tam weszli bolszewicy?

Jeszcze trudno powiedzieć jak tam było, bo tam i Niemcy byli, i Sowieci, i to się zmieniało. Przypominam sobie, że Sowieci weszli do Wilna chyba gdzieś latem 1944 roku, czy na wiosnę 1944 roku. Tak to był maj, czerwiec. No dobrze, a teraz powiedz, jak to się odbyło? Aresztowali, wezwali, czy przyszli w nocy do domu? Jak to było? ... No tak, sam fakt wywiezienia, to była noc.

Ale to już z aresztu cię wywieźli, czy z domu wzięli prosto i wywieźli? Czy jakiś czas byłaś w areszcie tam na miejscu?

Ale po tym areszcie to jednak wróciłam do domu, po tym pierwszym areszcie.

Przez Rosjan?

Tak, przez Rosjan. Pierwszy areszt to ja siedziałam na wsi, w sieni takiej wiejskiej chaty. I tu nie pamiętam, jak długo to trwało. Parę dni na pewno.

I puścili Cię?

Wypuścili mnie. Byłam znowu w domu, bo zabrali mnie już z domu. Zabrali mnie w nocy z domu. Czy mogłaś się spakować?

Pakowania praktycznie żadnego. Było zimno. To chyba był już listopad, bo ja w prędkości mając jakieś pończochy na nogach, nałożyłam jakieś wojłoczki z kaloszkami. Tak więc je nałożyłam i praktycznie już nic nie wzięłam. Nałożyłam palto, chustkę jakąś i tak żadnych rzeczy nie wzięłam. Nikt mnie do tego nie namawiał, ani nikt nie czekał.

Czy wtedy wywieźli dużo ludzi z tej okolicy?

Było, było całe grono, jakąś nauczycielkę czy kogoś jeszcze. To tak pozabierali i zawieźli nas wtedy od razu do więzienia w Białymstoku. Więzienie było już po okupacji niemieckiej i po bombardowaniach zniszczone. Nie miało prądu elektrycznego, szyby powybijane. I ja trafiłam do celi, w nocy, do celi na parterze niskim, tak że okna były równe z ziemią i wybite były szyby. Zostały tylko kraty. Ciemno było zupełnie, bo oni tylko z pochodnią chodzili, nie było światła. I mnie w nocy tam umieścili.

dr Regina Witukiewicz-Dmoch wspomnienia



Wspomnienie Zenona Perwenisa - v-ce prezesa Oddziału Związku Sybiraków w Elblągu
- wywiezionego wraz z rodziną w marcu 1949 r. do Świerdłowska w okolicach Irkucka

Przyjechali po nas, rodzinę Perwenis, nocą 25 marca 1949 r. na wieś do Pawlukanic, okręg Wileński. Dali jak zwykle przysłowiową godzinę czasu by spakować się. Dziadkowie - Bronisław i Bronisława, dwóch wujów - Kazimierz i Jerzy, ciocia Czesia i nasi rodzice - Roman i Felicja. My = ja z bratem. Mam dwadzieścia dni, brat czternaście miesięcy.

Przypomniano o nas, Perwenisach, za sprawą wujka, który "skalał" nasze nazwisko patriotyzmem. Był oficerem Armii Krajowej, uczestnikiem akcji "Burza". Nie poszedł na układy z Armią Czerwoną i nie złożył broni. Walczył dalej. Został skrytobójczo zamordowany w 1946 r. jako poliak, "bandyta". Ojciec został aresztowany i osadzony w więzieniu za współpracę z "bandytami". Wrócił w 1947 roku. Urodziliśmy się kolejno: mój brat Józef - 16 stycznia 1948 r., i ja - 5 marca 1949 r.

Jest noc. Godzina czasu, panika, płacz, bieganina. Zimno - ubrania, daleko? - jedzenie. Czasu mało, ręce - tylko dwie, dzieci... Kolej rzeczy to furmanka, pociąg, wagon towarowy. Szczęściem naszym było to, że wśród współtowarzyszy początku niewoli byli ludzie! Dzięki nim, ich solidarności i ludzkiego odruchu wobec dzieci dotarliśmy do celu "podróży" choć nie zdrowi, lecz żywi - cud! - pierwszy. Po półtoramiesięcznej podróży dotarliśmy do miejscowości Świerdłowsk, okręg Czeremchowa obwodu Irkuck.

Po drodze na porządku dziennym były "pogrzeby" - gałgany wyrzucone przez drzwi podczas jazdy. Małe - to dzieci, większe - dorośli. My dojechaliśmy - stąd ten cud..

Na zesłaniu niespełna siedem lat w chłodzie, głodzie i poniżeniu. Przetrwaliśmy - my - dzieci, rodzina - powiększona o siostrę Irenę i wujka Józefa (świeżo upieczonego męża cioci Czesi. Toż cud! - drugi. 4 grudnia 1955 r. obóz repatriacyjny, koszary w Nowym Sączu.

Wszyscy dorośli wracali do normalnego życia, świata. A my - dzieci...? Miasto, ulice, mieszkańcy jacyś inni - życzliwi, i te współczucie. Za co? Nierozumieliśmy.

Idąc korytarzem zauważyliśmy kubeł pełen pokrojonego chleba, kankę z gorącą kawą. Wyrwaliśmy się z bratem rodzicom i pobiegliśmy chwycić ten chleb. Braliśmy garściami, następnie uciekliśmy - schowaliśmy się w kąt. Zaczęliśmy jeść, mało - zapychać się aż do udławienia. Patrzyliśmy ze strachem na boki, czy nas kto nie goni. Czy nie zabiorą jeszcze niezjedzonego chleba? Jak ten chleb smakował! Nie rozumieliśmy dlaczegowokół płaczą. Mama podeszła i powiedziała pamiętne słowa: "Pamiętajcie to jest polski chleb. Oby wam w życiu Go nigdy nie zabrakło." Pamiętamy!

Pierwsza choinka. Prezenty, ubrania - witała nas Polska. Czleba nie brakowało - przez cały czas naszego pobytu w koszarach stał na korytarzu. Oswajał nas, że tak już będzie zawsze.

Znaleźliśmy rodzinę w Elblągu i tam pojechaliśmy. Pociag ludzki, samodzielne mieszkania, praca dla dorosłych, polska szkoła. Żyliśmy normalnie i my dzieci - choć jeszcze "inni", ale wśród swoich. Elbląg. Dziadkowie pomarli, ojciec Roman i wujowie nie żyją. Jesteśmy my: Mama, ciocia Czesia Siemaszko z mężem zamieszkali w Biskupcu Reszelskim, no i my - niżej podpisani.

Zenon Perwenis z bratem Józefem

P.S.

Żeby oddać chołd nieżyjącym i być potrzebnym tym, którzy żyją, stałem się działaczem Związku Sybiraków. Jestem v-ce Prezesem Zarządu Oddziału Elbląg. Pozdrawiam wszystkich Sybiraków.



Wspomnienie Marii Sadłowskiej - v-ce prezesa Oddziału Związku Sybiraków w Elblągu
- deportowanej z województwa lwowskiego do północnego Kazachstanu

Deportowana zostałam jako 7-letnia dziewczynka wraz z matką i 3-letnim braciszkiem 13 kwietnia 1940 z miejscowości Wołowe, województwo lwowskie, do północnego Kazachstanu - do Aktubińska.

Transport pędził w kierunku Kazachstanu wioząc w bydlęcych wagonach przeważnie same kobiety i dzieci, bo ojcowie i mężowie zostali wcześniej aresztowani przez NKWD i osadzeni w więzieniach. Częśc z tych ludzi w 1941 r. znalazła się w Armii Andersa, czy później w Armii im. Tadeusza Kościuszki. Większość jednak zginęła bez śladu. Inni zaś, wśród nich i mój ojciec, zostali zamordowani strzałem w tył głowy. Miejscem pochówku mojego ojca jest Miednoje. Z podróży zapamiętałam przede wszystkim brak wody. Otrzymywaliśmy na wago, w którym było około 50 osób, 3 wiadra wody na kilka dni. Mama chowała wodę w butelkach i dawała nam do picia po kilka łyżek. Pozostał mi do dziś uraz. W domu muszę mieć zawsze zapas wody.

Kiedy miałam chyba 9 lat zachorowała nasza mama leżała nieprzytomna, a ja nie wiedziałam jak ją ratować. Co zrobić, jeśli umrze? W jaki sposób zaopiekowac się 5-letnim bratem Mirkiem? W domu nie było opału, nie było zapałek, a przede wszystkim nie było jedzenia. Codziennie rano biegłam na step, zbierałam sucha trawę, którą przynosiłam do domu. Z trawy robiłam wywar, którym poiłam mamę. Przeszukałam w domu wszystkie rzeczy, by znaleźć cokolwiek, co nadawało by się na wymiene na pożywienie. Pierwszą zdobytą szkalnkę kaszy jaglanej podzieliłam na dwie porcje. Tak bardzo wtedy starałam się i bałam się, że moja mama umrze. Właściwie zaczęłam tracić już nadzieję i siły. Zdobywanie opału i pożywienia było dla mnie bardzo ciężkie...

Moja mama wyzdrowiała. Do dziś nie rozumiem jak to się stało. Po jakimś czasie została ona wyhowawczynią w domu dziecka. Ponieważ nie było polskich książek ona sam napisąła je ręcznie. Jeszcze do dziś jedna taką posiadam. Do Polski przyjechaliśmy 10 maja 1946 r. Po dwutygodniowej kwarantannie w Gostynie, znaleźliśmy się w Elblągu. Nasz dom dziecka umieszczono przy ulicy Królewieckiej 106, w miejscu gdzie obecnie znajduje się policja.



Wspomnienie Teodora Mongiałło prezesa Oddziału Związku Sybiraków w Elblągu
- deportowanego do Kazachstanu w marcu 1952 r.

Deportowano mnie jako 9-letniego chłopca wraz z mamą i dwoma starszymi - o 2 i 3 lata - braćmi (ojciec z córką ukrywał się i został aresztowany oraz dowieziony do nas kilka miesięcy później) 18 marca 1952 roku z majątku Płytnica, województwo nowogródzkie, do południowego Kazachstanu, kieleski rejon, Kołchoz im. Stalina.

Umieszczono nas w lepiance składającej się z jednego pomieszczenia, w której wcześniej jakiś Kazach trzymał osły i krowy. Wszystko co otaczało nas na zewnątrz oraz w izbie było przerażająco obce. W samej izbie były gołe ściany, bez żadnych urządzeń i ozdób. Na domiar złego mama w pierwszym dniu została zabrana przez tamtejsze NKWD na przesłuchanie - była namawiana i szantażowana w celu podpisania i poświadczenia, iż przyjechała tu dobrowolnie oraz w celu zrzeczenia się obywatelstwa polskiego. Grożono jej, iż gdy tego nie zrobi, to dzieci zostaną zabrane do domu dziecka. Członkowie NKWD wypytywali również o ojca. Mimo wszystko mama nie dała się zastraszyć. Pamiętam, iż ci, którzy podpisali zgodę na zrzeczenie się obywatelstwa polskiego byli lepiej traktowani przez cały czas pobytu na zesłaniu. Mieli lepszą pracę i ogólnie lepsze warunki życia. Jak wielki błąd zrobili zrozumieli dopiero po wielu latach, gdy nie pozwolono im wyjechać do Polski. Jaka była wtedy ogromna rozpacz tych ludzi.

W tym samym czasie, gdy mama była przesłuchiwana przez enkawudzistów siedzieliśmy przytuleni jeden do drugiego w rogu izby na tobołkach, wraz z całym dobytkiem, który zdołaliśmy zabrać tu z sobą z rodzinnego domu w czasie krótszym niż godzina. Pamiętam, że jeszcze w Płytnicy była propozycja zrzeczenia się obywatelstwa polskiego, a gdy mama stanowczo odmówiła, to trzeba było opuścić rodzinny dom bardzo szybko - byliśmy dosłownie poganiani.

Dobrze pamiętam, że będąc w lepiance byłem niesamowicie wystraszony - cały drżałem, gdyż bałem się, że zostaniemy sami. W nocy widziałem i słyszałem jak ktoś w bieli kręcił się po izbie. Serce waliło, że aż dech zapierało. Była to najdłuższa noc w moim życiu. Od czasu do czasu do dziś budzę się w środku nocy, gdyż tamte wstrząsające chwile wracają w róznej postaci.

Rano, gdy zrobiło się już jasno, po izbie fruwały ptaki, gdyż nie było drzwi i szyb w okiennicach. Zauważyłem, że w izbie pojawił się jakiś stolik, na którym stał garnek z mlekiem i trzy pijałki (naczynia do picia), a obok na talerzu - dość dużo lepioszek, które u Kazachów zastępowały chleb. Zrobiło się od razu lżej. Była bowiem nadzieja, że ktoś nam sprzyja.



Wspomnienie Marii Chryniewskiej - członka zarządu Oddziału Związku Sybiraków w Elblągu
- wywiezionej w czerwcu 1940 r. do Kazachstanu

Zostałam wywieziona wraz z mamą i starszym bratem (ojciec został wcześniej aresztowany) w czerwcu 1940 r. z Włodzimierza Wołyńskiego do Kazachstanu. Wiosną 1943 r., po tragicznej śmierci generała Sikorskiego, NKWD namawiała wszystkich dorosłych Polaków do przyjęcia rosyjskiego obywatelstwa. Tym, którzy odmówili, grożono pogorszeniem warunków życia. Mama i brat nie poddali się groźbom i kategorycznie odmówili. Brata bardzo szybko, bodajże następnego dnia, wywieźli do katorżniczej pracy w hucie. Bardzo ciężka praca przy beznadziejnym odżywianiu spowodowała, że zachorował na gruźlicę i zmarł. My nie byliśmy w stanie nic pomóc, ani spotkać się. Nie byliśmy na jego pogrzebie, bo nasz sytuacja była beznadziejna. Byliśmy bezradni. Pogróżki NKWD sprawdziły się również w stosunku do mamy. Po kilku dniach od oddzielenia od nas brata wywieźli nas w step, co najmniej 10 km od wsi, i odjechali zakazując nam ruszania się z tego miejsca - "zdzieś wam zyć i umierać". Zaznaczam, że był to początek kwietnia. Było wtedy jeszcze chłodno i wilgotno - szczególnie w nocy, a po stepie grasowały wygłodniałe wilki. Na noc mama z posiadanych rzeczy zrobiła coś w rodzaju namiotu, a układając w kącie kuferek i tobołki przygotowała kącik do spania. Sama siedziała, a ja ułożyłam się kładąc głowę na kolanach mamy po czym zapadłam w głęboki sen. Nazajutrz mama pokazała żółte plamy na kapie, która służyła za "namiot" i opowiadała, że grasowały wilki. Wąchały i obsikały nasz "namiot". Mama cały czas modliła się i jak widać Bóg wysłuchał jej modlitw. Mimo zakazu, ukradkiem następnej nocy skontaktowaliśmy się z mieszkańcami wsi. Wiem, że zarówno Polacy, jaki i tubylcy nam pomagali. NKWD dwa razy nas odwiedziło i w końcu widząc, że nic nie wskórają, po 10 dniach pozwolili wrócić do wsi, bo potrzebna była każda para rąk.



Wspomnienie Jerzego Skorynkiewicza - sekretarza Oddziału Związku Sybiraków w Elblągu
- deportowanego w lutym 1940 r. na Syberię - w okolice Irkucka

Jerzy Skorynkiewicz w mroźną noc, 10 lutego 1940 r., z rodzinnej leśniczówki w Puszczy Knyszyńskiej został wraz z rodzina wywieziony przez NKWD w okolice Irkucka do obozu Kwitok niedaleko Łajszetu (?). Opowiadając swoje przeżycia wspomina następujący epizod: Zachorował na dezynterię. Był w szpitalu, ale w takim, który tylko z nazwy był szpitalem. Praktycznie nie stosowano żadnego leczenia. Utrapieniem były pluskwy spadające ze ścian. Wszyscy z mojej sali zmarli. Byłem przerażony - wspomina. Uciekłem więc ze szpitala i ukrywałem się w tajdze. W tym czasie znajdowałem na polach resztki czasami zmarzniętych czy podgniłych ziemniaków. Starałem się je bardzo mocno upiec na ognisku i jadłem w całości nawet zwęglone. W Polsce dowiedziałem się od lekarzy, że ta dieta mogła mi uratowac życie. Po powrocie do kraju smak ziemniaków ze zsiadłym mlekiem i smak świeżego chleba był czymś nadzwyczajnym. Nierozumiałem słów rodziny, która nas przyjmowała, że stać ich tylko na takie jedzenie - wpomina. Myślałem, że żartują.



Wspomnienie Michała Wołoszczaka - prezesa koła nr 1 Związku Sybiraków w Elblągu
- wywiezionego do dalekiej Jakucji

W tajdze w pobliżu miasteczka Minor znajduje się grób mojej matki. Nie dano jej było wrócić do Polski.

Moją rodzinę wywieziono 13 czerwca 1940 r. Miałem wówczas 8 lat. Pokonaliśmy 11 tys. kilometrów. Podróż trwała 3 miesiące. Najpierw wieziono nas w bydlęcych wagonach, potem płynęliśmy rzeką Angarą i Leną. Ostatni odcinek o długości ponad 400 km przepłynęliśmy łodzialmi, które ciągnęły konie. Nocowaliśmy pod gołym niebem. W miejscowości Minor pracowaliśmy w odkrywkowej kopalni złota. Z pewnością nie przeżylibyśmy syberyjskich mrozów. Zimą temperatura dochodziła do - 60 stopni Celsjusza. Na szczęście Rosjanie pozostawili tam barki. Zesłańcy mogli w nich zamieszkać. Jako 8-letni chłopak zmuszony byłem pracować, bo to oznaczało przydział racji żywnościowej. Paliłem w piecu i parzyłem dla robotników herbatę. Gorący napój na chwilę rozgrzewał zziębnięte ciała. Przed utratą ciepła chroniły filcowe buty zwane walonkami, watowana kurtka - kufajka, futrzane rękwaice i czapka. Odzież trzeba było zdobyć.

Kiedy wybuchła wojna radziecko-niemiecka (1941) Polakom wolno było poruszać się po terenie całej Jakucji. Myśmy również skorzystali z tej możlwiości i przenieśliśmy się do Jakucka. Ludziom zaczynał dokuczać głód. Dostawy żywności szły na front. Dla cywilów zostawało niewiele, dla zesłańców jeszcze mniej. Ja dostawałem 30 dkg chleba. W kopalni racja była o 50 dkg wyższa. Jakoś to jednak wytrzymaliśmy.

Potem czekała nas jeszcze jedna przeprowadzka i w 1946 r., dokładnie 13 czerwca, upragniony powrót do Polski.



Wspomnienie Ireny Rydjan zamieszczone na stronie internetowej Oddziału Związku Sybiraków w Łodzi w dziale "Poszukiwania"

...W 1946 r., kiedy wracałam z zesłania do Polski na przełomie marca-kwietnia 1946, już w Europie zatrzymał się nasz transport na jednej ze stacji (nie pamiętam jej nazwy). Nasz transport - były to wagony towarowe, ale okna bez krat i drzwi bez rygli. Na przeciwległych torach stał podobny transport, ale okratowany, z zaśrubowanymi drzwiami i konwojowany przez uzbrojonych NKWD-zistów. W naszym wagonie wrzało od polskiej mowy. Z przeciwnego wagonu wyjrzała młoda dziewczyna, upewniła się na migi, że blisko nie ma straży i przez kraty pokazała kartkę: Jestem Polką. Skazana na 10 lat łagru. Proszę zawiadomić matkę: Zofia... (nazwiska nie pamiętam), Łódź, Stary Rynek 10. Za parę minut sąsiadujący transport ruszył na wschód. Po przyjeździe do Polski moja mama (obecnie już nie żyje) napisała ostrożny list do pani Zofii. Bardzo szybko nadeszła odpowiedź, ale nie od pani Zofii, tylko od Jadwigi (nazwiska też nie pamiętam), przedstawiającej się za siostrę pani Zofii. Oznajmiała, że Zofia zmarła.

Pomimo tego że byłam wtedy bardzo młodą dziewczyną, ten przypadek i tę dziewczynę przez kraty wagonu widzę do dziś przed oczami. Ciekawa jestem, czy ta osoba przeżyła łagier, czy wróciła do Polski i czy jest w Łodzi ona lub jej rodzina. Byłabym bardzo wdzięczna za wiadomość, choć to już jest historia.